Zamknęłam dziś jeden z równoległych rozdziałów mojego życia. I... poczułam ulgę.
Przez dwadzieścia lat czułam, jak wiele mi brakuje do doskonałości, jak dzień po dniu żyję marnie. Jak moje poglądy są niestosowne. Żyłam z poczuciem winy, że to, co mówię i robię, jest złe.
Zaczęło się pod koniec kwietnia tego roku. Dzień w pracy był jak co dzień. Rozmowa nawet sympatyczna, ale czuję jak cedzę słowa, aby nie powiedzieć czegoś głupiego, aby nie wyjść na głupią. Sztywna, choć pozornie swobodna. Wiem, że to wszystko grzecznościowe.
Tak bardzo chciałam się zaprzyjaźnić. Ale nie wiem, dlaczego. Chodzący ideał, pod każdym względem. Nie tylko zawodowym ale i prywatnym. Cokolwiek dotyka, zamienia się w złoto. Jest perfekcyjne.
Ale pamiętam także dni, w których wyczuwałam politowanie, pogardę, sztuczną życzliwość. Poprawność.
W pewnym momencie przestałam zabiegać o tę przyjaźń. Ale codzienny kontakt nie pozwalał zapomnieć, jakim pyłem marnym jestem. Bo jestem, ale przecież nie jedynym.
Traci pracę. Niespodziewanie, niesprawiedliwie. W poczuciu swej sprawiedliwości walczy, ale jej posunięcia są kompletnie nieracjonalne, oderwane od rzeczywistości. Ponieważ cały czas byłam jak za szklaną szybą, za barierą, której nie wolno było mi przekroczyć, staram się nie inicjować rozmów. Tym bardziej że te, spontaniczne, które na wieść o tym co się stało, inicjuję, pozostają bez odpowiedzi, są ignorowane. Miotam się, szukam wyjścia. Wiem, że muszę uważać, bo jeśli zrobię fałszywy krok, sama zostanę bez pracy. Próbuję robić to, co mogę, co mi nie zagraża. Ale to sytuacja patowa. Tu chodzi o coś zupełnie innego i ja to wiem. Nie ma stosownego instrumentu, aby ratować. Tu kto inny rozdaje karty, i to zgodnie z prawem.
Na koniec farsy jest upokorzenie innych. Jest wyraźne zaznaczenie, kim "Ja" jestem, a kim wy jesteście. Pokazanie, gdzie jest nasze miejsce. Jak zwykle bardzo kulturalnie, ale i dobitnie. Nie jestem już w szeregu, zepchnięto mnie na dno. Siedzę jak zamurowana. Nie mogę wydobyć z siebie słowa. Szok.
Dziś się to skończyło. Nie ma już tej osoby w moim życiu. Nici zostały zerwane. Jeszcze parę mało istotnych ruchów trzeba wykonać i drzwi przeszłości się zatrzasną na zawsze.
Dlaczego poczułam ulgę? Może wcześniej trzeba było to zrobić?
Boże, zatrzymaj moje myśli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz