W ostatnim tygodniu grudnia wskrzesiłam przeszłość. Spontanicznie, bez wyrachowania, bez rozważań o konsekwencjach. Przez myśl mi nie przeszło, że to, co robię, tak właśnie się potoczy, jak się potoczyło. W nowy rok jednak weszłam bez tego obciążenia.
Nie, nie bolało. Stało się jednak przyczynkiem do odnowienia myśli o rozstaniu z dotychczasowym życiem. Nadal nie umiem tego zrobić, ale bardzo chcę. Tak niewiele czasu zostało, dlatego chciałabym przeżyć go zgodnie ze swoimi oczekiwaniami.
Ale czy mam prawo sprawić komuś ból?
Jak robią to inne kobiety, że po prostu mówią - Odchodzę. - albo - Odejdź?
W ubiegłym roku tak powiedziałam (nie tak dosłownie i nie tak dosadnie), a potem się ugięłam. Choć wiedziałam, że to nie ma sensu. Bo mój mąż się nie zmieni. Jemu to życie odpowiada, a ja się duszę, czuję jak powoli ginę. Spoczywają na mnie tylko obowiązki, których by nie było, gdybym nie była żoną. Jak długo można być z człowiekiem, dla którego jesteś polisą ubezpieczeniową na starość? Taką do podawania szklanki, czy wezwania lekarza? Jak długo można żyć z człowiekiem, który się nie odzywa, którego nic nie obchodzi, co dzieje się w twoim życiu. Kto grzebie ci w twoich rzeczach, podsłuchuje. Który nie czyta książek i kłamie, że jest człowiekiem wierzącym.
Dlaczego to zrobiłam? Dlaczego wyszłam za niego te 5 lat temu? Co sobie myślałam? Że można się na starość zmienić? Że można pokonać swoje nawyki, że można zmienić osobowość? Przecież znam psychologię, wiem, jak to działa. Nie mam dwudziestu czy trzydziestu lat, ale doświadczenie, także pierwszego małżeństwa.
Emocje. Znowu zgubiły mnie emocje.
Gdyby ktoś podał mi racjonalny sposób rozstania z człowiekiem, z którym nie można nawet rozmawiać, bo on rozmawiać nie tylko nie umie, ale nie chce. Z człowiekiem, który ma umysł dziecka. Czy miałabym odwagę to zrobić?
Chcę wolności, prawa do oddychania, do spokojnej nocy, i dnia bez lęku, że znowu otworzy drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz